KONSERWATYWNY LIBERALIZM – ISTOTA I GENEZA

Przedmiotem niniejszych rozważań ma być konserwatywno-liberalna quasi-ideologia czy – jak kto woli – quasi-doktryna. Konkretnym punktem jej odniesienia, a zarazem dobrym wstępem do charakterystyki byłoby przedstawienie poglądów konserwatywnych liberałów na przyczynę katastrofy komunizmu. Otóż ich zdaniem była nią negacja własności prywatnej i – co się z tym wiąże – brak wolności jednostki.

WŁASNOŚĆ
Prawie wszyscy skazani na życie w realnym socjalizmie pozbawieni byli własności, która uczyniłaby ich los niezależnym od łaski bądź niełaski komunistycznej biurokracji, dumnie zwanej państwem. Obowiązywała więc zasada Mussoliniego: Wszystko dla państwa, wszystko przez państwo, nic przeciw państwu. Dopóki opierało się to na przymusie i terrorze, dopóty cała ta konstrukcja, jakkolwiek na glinianych nogach, trzymała się dość solidnie. Z chwilą jednak, gdy na przymus i wszechkontrolę przestało już starczać sił bądź środków, bankructwo stało się nieuchronne. W normalnych krajach to obywatele podatkami utrzymują państwo, podczas gdy w “real-socu” państwo utrzymywało obywateli, czyniąc ich niezdolnymi do życia na własny rachunek i wytwarzając w nich postawy roszczeniowe wobec budżetu (“od państwa się należy”), które ostatecznie rozłożyły komunizm, a obecnie są bliskie rozłożenia wątłej wszak równowagi gospodarczej. O upowszechnieniu i utrwaleniu tych postaw niech choćby świadczą fale strajków o “sprawiedliwą płacę” lub też wolty chłopów domagających się “zapewnienia producentom zbytu po godziwej cenie”. Oczywiście “zapewniającym” – według protestujących – ma być państwo, które też powinno ustalić, jaka płaca jest “sprawiedliwa” oraz jaka cena “godziwa” (przy czym owo ustalenie musi być zgodne z widzimisię zainteresowanych). Ci, którzy wyciągają obecnie do państwa rękę po pieniądze bądź koncesje, nie są jeszcze niestety przygotowani do korzystania z wolności, nierozerwalnie przecież wiążącej się z odpowiedzialnością za to, jaki robi się z niej użytek. Tego zaś skutecznie Polaków oduczyło 45 lat życia w nędznej, ale za to bezpiecznej komunistycznej celi. Wolność i własność prywatna, jakkolwiek zniszczone przez socjalizm, stanowią jednak nie tylko szansę na dobrobyt, ale są również podstawą cywilizacji, do której chcemy powrócić, musimy je więc odbudować bez względu na doskwierające dziedzictwo półwiecznego barbarzyństwa. Konserwatywno-liberalną receptą na sanację kraju byłby więc oparty na własności prywatnej wolny rynek pracy, usług i towarów w ramach stałych reguł gry (stabilne prawo), strzeżonych przez silną policję i zawodową armię.

DEMOKRACJA KONTRA WOLNOŚĆ
Drugą obok wolności rzeczą, którą niewątpliwie pozbawił nas komunizm, była demokracja. Czy jednak jej brak był tym, co rzeczywiście doskwierało przeciętnemu Polakowi? Czy dla Kowalskiego miało jakieś znaczenie, że utrudniające mu życie decyzje wydaje KC partii, a nie np. demokratyczny rząd? Odpowiedź twierdząca mogłaby paść chyba tylko z ust wyjątkowo zacietrzewionego ideologa “władzy ludu”. Tymczasem dla konserwatywnego liberała pozorna atrakcyjność słowa “demokracja” we współczesnym języku wynika raczej z utożsamienia go z wolnością niż z rzeczywistej treści, jaka się za nim kryje. Dla przeciętnego obywatela nie jest bowiem istotny sposób wyłaniania rządu; liczy się tylko to, co dotyka jego egzystencji, a więc:

Czy rząd nie wtrąca się w jego prywatne sprawy i interesy?

Czy rząd pilnuje, by nikt nie naruszał jego wolności bądź mienia, tj. czy sprawna jest policja, administracja etc.?

Z punktu widzenia wolnego obywatela ideałem jest więc sprawne państwo minimum, nie zaś pańswo demokratyczne. Przywiązanie do tego ideału jest z kolei tym, co różnie konserwatywnych liberałów od liberałów postępowych, demokratycznych czy też soc-liberałów. Dla liberała zachowawczego jedną z dziedzin życia, które absolutnie nie mogą podlegać decyzjom demokratycznym, jest gospodarka. Za przykład niech służy słynny już Friedmanowski krawat, o którego kolorze powinien samodzielnie decydować każdy, kto go kupuje. Innymi słowy, by kupujący nie musiał się podporządkowywać większości, która mogłaby ustalić, że powinno się sprzedawać wyłącznie krawaty czerwone. Na rynku prawo do decyzji ma każdy klient, nie zaś ich większość.

Entuzjaści “władzy ludu” odpowiadają jednak na to wysunięciem tezy, że demokratyczny system polityczny sprzyja wolnej gospodarce. Jednak nawet pobieżny obserwator życia w krajach demokratycznych może stwierdzić, iż prowadzone tam kampanie wyborcze wiążą się z zalewem socjalizujących obietnic (poszczególne partie licytują się w rozdawaniu pieniędzy jako tzw. “pomocy społecznej”, zasiłków dotacji itp.), z których – co gorsza – część jest następnie realizowana. Socjalizm (przynajmniej umiarkowany) jest więc nieuchronnym skutkiem demokracji.

Współczesne demokratyczne kraje zachodniej Europy są wbrew pozorom zbiurokratyzowane do granic absurdu, a dobrobyt, jakiego wciąż zażywają, jest wytworem dziesięcioleci pełnego (tzw. wilczego) kapitalizmu, który mnożył ich bogactwo, dopóki demokracja nie skazała je na soc-etatyzm i gospodarczy zastój. Jeżeli ten trend się nie zmieni, może dojść do gwałtownej wymiany w czołówce gospodarczych potęg. Wystarczy tu choćby porównać wskaźniki rozwoju gospodarczego USA czy krajów Zachodu z tymi, jakie występują w niedemokratycznych “tygrysach wschodnich”. Porównania z krajami eks-realnego socjalizmu są jeszcze bardziej uderzające. Przykładowo liczący dwa razy mniej ludności od Polski Tajwan ma obroty zagraniczne sześciokrotnie większe od naszych.

Konserwatywny liberalizm spotyka się często z zarzutem, że zawęża ludzkie potrzeby do ekonomicznych, gdy tymczasem człowiek jest czymś więcej niż homo economicus i ma również potrzeby duchowe, które są przez liberałów rzekomo negowane bądź przynajmniej lekceważone. W rzeczywistości konserwatywny liberał ogranicza się jedynie do stwierdzenia, że “potrzeby duchowe” powinny być realizowane poza państwem i niezależnie od państwa. Na zarzut, że ich doktryna nakazuje raczej “mieć” niż “być” liberałowie odpowiadają, że ich zdaniem władza nie powinna nic takiego dekretować ani nakazywać, wręcz przeciwnie – powinna pozostawić każdemu wolny wybór, dający szansę na autentyczne “być”.

DEMOKRACJA KONTRA PRAWO
Przeciwnicy liberałów głoszą często, że ci ostatni wolność rozumieją jedynie jako wolność gospodarczą, lekceważąc zarazem wolność polityczną, której uzewnętrznieniem jest demokracja. Aby rozpatrzyć słuszność postawionego zarzutu, należy ustalić, czym konkretnie jest wolność polityczna. Czy oznacza ona swobodę słowa, druku i zakładania partii politycznych, czy też jest prawem każdej partii do zdobycia władzy i realizowania swojego programu, np. zakazywania powyższych swobód? Czy wolność słowa panowała w niedemokratycznym Chile, gdzie 80% prasy krytykowało Pinocheta, czy też w III Rzeszy, gdzie demokratyczny rząd Hitlera nie tolerował opozycji politycznej?

Niechęć konserwatywnych liberałów do demokracji jest więc motywowana nie obojętnością wobec swobód politycznych, lecz współczesnym wyniesieniem rządów ludu do rangi celu samego w sobie oraz uczynieniem woli większości jakąś niepodważalną świętością. Znany noblista, prof. Hayek skomentował skutki tej czołobitności: Rząd demokratyczny może praktycznie uczynić wszystko mając za pretekst to, że ma za sobą większość. Ta większość zastąpiła we współczesnych państwach prawo. Samo prawo straciło sens, niegdyś było zasadą podstawową i powszechną, a dziś stało się zmienną regułą, która służy partykularnym interesom. Nie można bowiem prawem nazwać przepisów, które z dnia na dzień może zmienić przypadkowa większość w parlamencie.

W średniowiecznej Europie istniały prawa boskie, jak kto woli, naturalne, które nie mogły być naruszone przez najbardziej nawet despotycznego monarchę bez narażania się na ekskomunikę papieża, która wiązała się z utratą legitymacji do sprawowania rządów i z prawem poddanych do wypowiedzenia posłuszeństwa. Dzisiaj demokratyczny parlament może uczynić wszystko (ciekawe, kiedy zacznie się głosować nad prawami fizyki) – wobec większości nikt nie odważy się zaprotestować. Demokracja nie zna pojęcia praw naturalnych, które dotąd uważane były za niezbywalne. Dlatego konserwatywni liberałowie, niegdyś krytykujący omnipotencję monarchii absolutnej, dzisiaj protestują przeciw jeszcze większej omnipotencji państwa demokratycznego. Według liberałów, państwo jest bowiem tylko jedną z wielu instytucji życia publicznego, powołaną po to, by strzec mienia i bezpieczeństwa obywateli. Nie ma ono więc żadnego tytułu do ingerencji w sferę ekonomiczną, kulturalną czy religijną. Najlepszym zaś antidotum na nadmierny rozrost władz państwowych jest ich decentralizacja oraz klasyczny, monteskiuszowski trójpodział.

DEMOKRACJA KONTRA TRADYCJA
Antywolnościowa natura demokracji nie jest jednak jedyną przyczyną niechęci konserwatywnych liberałów do “władzy ludu”. Uważając państwo jedynie za środek do zapewnienia w społeczeństwie porządku i równowagi, sądzą oni, iż jest to wszakże środek konieczny.

Dlatego też, aby sprawnie działać na właściwym sobie polu, państwo musi być silne i cieszące się autorytetem – ten zaś nigdy nie wypływa z kaprysu wyborców. Władcy wyniesieni w demokratycznych wyborach jutro wyrokiem tych samych wyborców wtopią się z powrotem w szary tłum, z którego wyszli – czyż mogą więc liczyć na szacunek poddanych? Prawdziwy autorytet musi być oparty na dwóch czynnikach: sile oraz wrażeniu bycia kimś innym niż przeciętny człowiek z ulicy, przy czym wrażenie owo wzmacnia się dzięki tradycyjnemu dla wszystkich cywilizacji nadaniu władcy sankcji nadprzyrodzonej. Stąd postulat niektórych liberałów-tradycjonalistów – reaktywowania monarchii.

Niezależnie od autorytetu władzy każdemu państwu potrzebna jest grupa osób, które poczuwają się do odpowiedzialności za jego los. Mrzonką jest demokratyczne mniemanie, iż wszyscy obywatele (czy nawet ich większość) interesują się sprawami państwa, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie wkracza ono zbyt nachalnie do ich życia prywatnego.

Konserwatywni liberałowie odnoszą się z szacunkiem do tradycji, zwyczajów i religii jako czynników spajających społeczeństwo i dających jego członkom wspólny punkt odniesienia (nawet ateista Napoleon powiedział kiedyś, że nie sposób rządzić społeczeństwem bezreligijnym).

Odrzuciwszy XIX-wieczną, poniekąd liberalną doktrynę “pozytywizmu prawniczego”, konserwatywni liberałowie są zwolennikami stałych, wykształconych przez naszą cywilizację norm etyczno-moralnych, które – ich zdaniem – nie potrzebują uzasadnienia w postaci głosowania. Niestety, odkąd głosuje się nad normami moralnymi (ostatnio nad tą wypływającą z piątego przykazania), demokracja stała się wyrocznią moralności, a więc nową, antycywilizacyjną religią. Tymczasem, według poglądów omawianej tu części liberałów, prawo powinno wynikać z etyki, nie zaś etyka z prawa. Zasady moralnej, podobnie jak wolności, nie wprowadzi się za pomocą ustawy bądź najpiękniejszej nawet deklaracji. Konserwatywni liberałowie nie wierzą więc w moc sprawczą ustaw, zwłaszcza że wiara taka owocuje tendencją do obejmowania wszystkich dziedzin życia biurokratycznymi przepisami. Bliższa jest im za to konserwatywna, Burke`owska idea “naturalnej konstytucji” społeczeństwa, wypływającej z odwiecznych praw zwyczajowych, usankcjonowanych religią i tradycją.

KONSERWATYZM
Stanowisko w powyższych kwestiach zbliża omawianą tu część liberałów do konserwatystów (zwłaszcza w czasach, gdy głównym wrogiem tych ostatnich stał się nie doceniany w XIX w. socjalizm), możliwym czyniąc zbitkę “konserwatywny liberalizm”. Konserwatyzm w tym ujęciu nie oznacza jednak ślepej aprobaty dla status quo. W takim bowim wypadku za konserwatystów trzeba by uznać – jak chce tego nasza telewizja – Fidela Castro i sowieckich generałów. Prawdziwy konserwatyzm oparty jest na słynnym zdaniu św. Tomasza z Akwinu: Conservatio est continua creatio. Konserwatywni liberałowie opowiadają się za zmianami ewolucyjnymi i cząstkowymi, a przeciw rewolucyjnym i całościowym. Rozum ludzki jest omylny i ma zawsze ograniczoną perspektywę, nie można stawiać go ponad historią, by kreować za jego pomocą porządek będący zaprzeczeniem wszystkiego, co dotąd praktykowano. Tego typu uzurpacja ludzkiego rozumu jest bezpośrednią przyczyną katastrofalnych skutków każdej rewolucji. Za protoplastę konserwatywnego liberalizmu czy też liberalnego konserwatyzmu można uznać Edmunda Burke`a, pierwszego świadomego antyrewolucjonistę, a zarazem autora stwierdzenia: zmiana jest sposobem na zachowanie. Mając w brytyjskim parlamencie opinię obrońcy wolności (był liderem wigów), wobec pseudowolnościowej Rewolucji Francuskiej zajął Burke stanowisko skrajnie negatywne i to już na etapie Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. Tym samym zbliżył się wraz z częścią wigów do obozu torysów, stając się zarazem ojcem europejskiego konserwatyzmu. Z kolei ta część liberałów, która uznała ideały Rewolucji Francuskiej za swoje, podążyła drogą utylitaryzmu i racjonalizmu (np. J. S. Mill, J. Bentham), który zaowocował pozytywizmem prawniczym i wrogim stosunkiem do tradycji, religii, a często nawet do państwa jako takiego. Spadkobiercami tego kierunku są w XX stuleciu w pewnym sensie libertarianie (propagujący tzw. anarchokapitalizm) oraz niektórzy tzw. neoliberałowie (np. L. Mises, A. Rand). Gwoli uzupełnienia wypada dodać, że mianem liberałów określają się dziś także – co jest niezwykłą złośliwością historii – amerykańscy i niektórzy europejscy (zwłaszcza brytyjscy) socjaldemokraci.

HISTORIA I WSPÓŁCZESNOŚĆ KIERUNKU
Liberalizm konserwatywny – w przeciwieństwie do racjonalistycznego – nie jest zamkniętą ideologią, lecz raczej stylem myślenia, opartym na kilku stałych przesłankach (tradycja, wolność, własność, silne państwo), który może w konkretnych warunkach dyktować różne konkretne rozwiązania. Do myślicieli reprezentujących nurt konserwatywny w liberalizmie można zaliczyć Monteskiusza, wspomnianego już Burke`a, Constanta, Bastiata, Tocqueville`a, Actona i Hayeka oraz – z pewnymi zastrzeżeniami – amerykańskich neokonserwatystów. Do wybitnych polityków tego nurtu należą Wilhelm Pitt, Robert Pee, Franciszek Guizot, a także R. Reagan i M. Thatcher.

Choćby te dwa ostatnie nazwiska świadczą o tym, że konserwatywny liberalizm nie jest nie mającą odniesień do rzeczywistości abstrakcją czy też wskrzeszaniem nieaktualnych XIX-wiecznych schematów. Konkretne rozwiązania wynikające z konserwatywno-liberalnego stylu myślenia przynoszą konkretnym krajom konkretne korzyści i niezależnie od uzasadnień ideologicznych dają się umotywować empirycznie. Wolność wynikająca z zastosowania powyższej recepty ma konkretną postać swobód i dobrobytu mieszkańców “azjatyckich tygrysów” czy też poddanych “neoliberalnej” kuracji krajów Europy Zachodniej i Ameryki. Jednocześnie historia uczy, że liberalizm najlepiej rozwija się w konserwatywnym otoczeniu. We Francji, gdzie rewolucjoniści z 1789 r. usiłowali wolność przeciwstawić tradycyjnym zwyczajom i instytucjom, droga do liberalizmu okazała się bardzo wyboista i niepewna. Z kolei w tym samym okresie sąsiednia Anglia stała się oazą wolności i niesłychanego jak na owe czasy dobrobytu. Dokonane w tym kraju przemiany najlepiej scharakteryzował na łamach “Res Publiki” (nr 3/88) dr Ryszard Legutko: Sukces liberalizmu bierze się stąd, że rzeczywistość zwyciężyła tam doktrynę i że mechanizmy wolnościowe wyrosły na glebie trwałego i konserwatywnego prawa zwyczajowego oraz tradycyjnego przywiązania do monarchii i parlamentu […] Liberalizm był więc jedynie modyfikatorem rzeczywistości, ale nie był jej twórcą.

Może więc i rzeczywistość polską należałoby modyfikować w kierunku liberalnym, bez zawracania sobie głowy zabójczymi eksperymentami w rodzaju mitycznej już “trzeciej drogi”? Rozwiązania konserwatywno-liberalne są niezwykle proste i naturalne, a zarazem sprawdzone z na ogół dobrym skutkiem. Nie gwarantują one wprawdzie powszechnej szczęśliwości czy też raju na ziemi, ale wykształcony na ich podstawie system okazał się skuteczniejszy i sprawiedliwszy (czyli po prostu lepszy) niż skompromitowane w praktyce jego najpiękniej nawet brzmiące alternatywy.

Z powrotem do https://www.bezuprzedzen.pl/